SUKCES: Oboje państwo jesteście aktorami, ale tylko pani Danka uprawia ten zawód, od lat robiąc autentyczną karierę.

Janusz Grzelak: - Nie da się ukryć, że jedynie ona. (śmiech) Ja pracowałem w zawodzie przez sześć lat, zaraz po studiach. Początkowo w teatrze w Toruniu i nawet z pewnymi sukcesami - zdobyłem główną nagrodę na Festiwalu Teatrów Polski Północnej. Potem przenieśliśmy się do Poznania. Danusia zaangażowała się w Teatrze Nowym, a ja w Polskim. Nie chcieliśmy pracować na jednej scenie. To zbyt męczące, gdy zaciera się granica między życiem prywatnym a zawodowym. Pracując razem, chcąc nie chcąc, przenosi się teatr do domu, a dom do teatru; to nie sprzyja ani związkowi, ani pracy.

I prędzej czy później pojawia się element rywalizacji. Komuś idzie lepiej, komuś gorzej...

Danuta Stenka: - W naszym przypadku coś takiego jak rywalizacja zawodowa nigdy nie istniało. Pamiętam niepokój mojej przyjaciółki, gdy dowiedziała się, że zakochałam się w aktorze. Powiedziała w jego obecności: "Małżeństwa aktorskie to bardzo trudne związki, szczególnie kiedy to żona odnosi sukcesy, a to wróżę Danusi. Mężczyzna nie zawsze jest w stanie to udźwignąć". Janusz wkurzył się na nią - jakim prawem, nie znając go, wydaje wyroki? Przyszłość pokazała, że nie były to czcze słowa. Moje sukcesy Janusz traktował jak swoje własne, a w autentycznej radości z nich nie było miejsca na zazdrość.

JG: - Ja w ogóle nie pojmuję, jak można mieć problem z sukcesem partnera. To oczywiste, że dzielimy się wszystkim - zarówno sukcesami, jak i porażkami. Kiedy Danusia zaczęła grać w Teatrze Dramatycznym w Warszawie i okazało się że nie bardzo nas stać na wynajęcie mieszkania dla niej, utrzymanie naszego poznańskiego i dojazdy, postanowiłem zmienić zawód, poprawić standard życia "poza strukturami kultury" i dać szansę jej. Okazuje się, że było warto. W moim życiu bardzo ważne jest poczucie wolności i gdybym kiedykolwiek uznał, że dokonałem na sobie gwałtu, że jestem nieszczęśliwy z tego powodu, próbowałbym to zmienić. Owszem, czasem tęsknota serce ściska. Kiedy widzę, jak ktoś kładzie rolę, wydaje mi się, z zewnątrz, że zagrałbym to sto razy lepiej. Ale pewnie gdybym wszedł w "jego buty", nie byłoby tak różowo.

DS: - A odnośnie wolności... W naszej rodzinie nikt nikomu nie pisze życiorysu. Janusz zmienił zawód z własnej woli. Ani nie był przeze mnie stymulowany, ani też nie stawałam okoniem. Choć myślę, że była to rezygnacja tylko na jakiś czas - nie brał pod uwagę, że do zawodu już nie wróci. A wrócić do aktorstwa po latach jest bardzo trudno. Mimo że przecież miał udany start.

À propos startu - słyszałam, że początki państwa znajomości to sam romantyzm!

JG: - Toruń. Festiwal Teatralny. Siedzę ze znajomymi i kolegami z teatru w Klubie Związków Twórczych, a tu nagle wchodzi mój kolega z roku z jakimś zjawiskiem. Dech mi w piersiach zaparło i musiałem zrobić strasznie głupią minę, bo kolega od razu powiedział: "Odpuść sobie, stary, to dziewczyna nie do zdobycia".

Była pani taka nieosiągalna?

DS: - No, nie udzielałam siebie na prawo i lewo (śmiech), ale nie było aż tak źle, tyle że tamten kolega sam smalił do mnie cholewki, więc pewnie nie miał szczególnej motywacji, żeby nas swatać.

JG: - Zaproponowałem jej wspólny wypad na wakacje.

Przecież prawie się nie znaliście!

DS: - Wspólny wypad na wakacje zaproponował mi po 15 minutach znajomości. Wkurzył mnie ten szczeniak - smukły, wysoki, wyglądał wtedy na nie więcej niż osiemnastkę. Wkurzył mnie tym bardziej, że wpadł mi w oko. Pomyślałam "Spadaj! Nie będziesz mi tu, synu, urządzał życia". Uznałam, że jego bezczelność i tupet przekraczają wszelkie granice. I oczywiście odmówiłam. Ze strachu. (śmiech)

JG: - Kiedy człowiek od pierwszej chwili wie, że to ta jedna jedyna, to nie zastanawia się nad tym, co wypada, a co nie... Poczułem, że mogę góry przenosić, zwłaszczam, że miałem wrażenie, że z drugiej strony też zaiskrzyło... Nie zgodziła się, ale ja i tak nie dałem za wygraną. Wiedząc, że za moment wraca z teatrem do Szczecina, wymyśliłem, że zrobię imprezę, na którą ją zaproszę. Miałem tam kolegów ze szkoły, wiedziałem, że nie odmówią. Problem w tym, że robiłem remont i mieszkanie wyglądało jak pobojowisko. Samozaparcie czyni jednak cuda i błyskawicznie doprowadziłem je do stanu używalności. Impreza była udana, a gdy się kończyła, zabrałem Danusię na spacer.

DS: - O ile pamiętam, to ja cię zabrałam na ten spacer.

JG: - Nie rób scen.

DS: - (śmiech)

JG: - W każdym razie plan działania już miałem. Ponieważ świetnie zagrała, dla mnie genialnie - oczywiste było, że dostanie nagrodę. Pomyślałem, że jak tylko ogłoszą wyniki, będę miał doskonały pretekst, żeby do niej zadzwonić. Oczywiście nagrodę dostała, ja natychmiast zadzwoniłem z gratulacjami, po czym znowu zaproponowałem wspólny wypad na wakacje.

DS: - Pamiętam doskonale ten wieczór. Zadzwonił. Nieważna była nagroda, ważne było, że ON ZADZWONIŁ! Ale oczywiście odmówiłam. Ze strachu.

JG: - Kiedy odłożyłem słuchawkę, zacząłem się zastanawiać: "I jak to w takim razie będzie?". I powiedziałem sobie: "O, nie!". Sprawdziłem rozkład jazdy i za 20 minut, tak jak stałem, w podartych portkach, znalazłem się w pociągu do Szczecina. Adres miałem, ale źle zapisałem numer domu. W końcu stanąłem przed Danusią. Zaniemówiła. A potem padło niezapomniane: "Raz kozie śmierć".

DS: - Bo wiedziałam, co go czeka i że za chwilę może być naprawdę ciekawie. Przyjechał w środku nocy, w trakcie imprezy. Świętowaliśmy mój festiwalowy sukces, a był u mnie nie tylko "tenże" kolega, który nieskutecznie smalił cholewki, ale i mój były narzeczony. Obaj popadli w konflikt, usiłując się nawzajem przepędzić. No, ale kiedy pojawił się Janusz, zorientowali się, co jest grane, i w okamgnieniu obrali wspólny front. Na imprezie się nie skończyło, bo chłopcy nie odpuścili. Noc spędzili dość głośno, na ławce pod moim domem. Następnego dnia spotkaliśmy się w czwórkę na kawie i wreszcie panowie (były i niedoszły) uznali przewagę rywala.

JG: - A my w końcu pojechaliśmy na te wspólne wakacje.

DS: - I nagle któregoś dnia pomyślałam: "On będzie moim mężem".

JG: - No i skończyło się "rumakowanie"... (wspólny, donośny śmiech)

JG: - Potem zaczęły się podróże fiacikiem z Torunia do Szczecina, później Poznań. Pierwsze wspólne mieszkanie. Urodziła się Paulina. Przeprowadzka do Warszawy. Wynajmowane mieszkania. Rodzi się Wiktoria. Wreszcie nasze 2500 mkw. na mapie świata i własny dom. Niby zwyczajne, ale niesamowite.

Naprawdę nigdy podczas kłótni nie zdarzyło się panu zawołać: "To ty to czy tamto, a ja dla ciebie rzuciłem zawód". Życie w cieniu sławnej żony nie jest stresujące?

JG: - A dlaczego w cieniu? Ja w swojej dziedzinie się spełniam. Jestem specjalistą w doradztwie finansowym! Cztery lata z rzędu należałem do prestiżowego klubu MDRT - międzynarodowej organizacji zrzeszającej najlepszych doradców finansowych i ubezpieczeniowych z całego świata. Jest jeszcze inny rodzaj zazdrości niż ta o sukcesy zawodowe. Jak czuje się mężczyzna, gdy widzi na ekranie żonę w objęciach innego? Nie wspomnę już o scenach erotycznych...

JG: - Namiętne uściski na ekranie to w rzeczywistości, na planie, mało przyjemna robota. Palenie na planie nawet dla palacza jest męką, kiedy robi to z obowiązku, a nie dla przyjemności. Kiedy na przykład Artur Żmijewski, z którym się przyjaźnimy, całuje Danusię w filmie "Nigdy w życiu", ja spokojnie popijam herbatę i czekam na dalszy rozwój zdarzeń.

DS: - Chyba rzeczywiście dajemy sobie sporo wolności. Nikt nikogo nie sprawdza, do niczego nie zmusza. Nie ma pytań w rodzaju: "Gdzie byłeś? Dlaczego dopiero wracasz?". Co nie znaczy wcale: "Wszystko ci wolno". Raczej: "Sam wiesz najlepiej, co ci wolno". Muszę przyznać, że to przede wszystkim zasługa Janusza. Uczę się od niego tolerancji.

(Rozmawiamy podczas sesji zdjęciowej i w trakcie rozmowy dołączają do nas dziewczynki - 9-letnia Wiktoria i 15-letnia Paulina.)

Dziewczyny, fajnie mieć sławną mamę?

Wiktoria: - Czasami fajnie, a czasami nie za bardzo. Fajnie, bo mama występuje w różnych ciekawych filmach, a niefajnie, bo ciągle nie ma jej w domu. Jest albo na planie filmowym, albo w teatrze. Podliczając te wszystkie dni, kiedy jej nie było, wyjdzie na to, że nie mamy jej już z rok.

Paulina: - To, czego ja nie znoszę, to premier filmowych, kiedy idziemy z rodzicami i reporterzy rzucają się na nas, oślepiają lampami błyskowymi i krzyczą: "Proszę tu spojrzeć, a teraz tu, a teraz się uśmiechnąć". Dostaję szału, chowam się gdzieś z boku. Ale za chwilę dociera do mnie, że przecież to ich praca. I to mi zawsze pomaga.

Chyba nie mogłabyś być aktorką.

P: - Raczej nie. Miałam już różne etapy. W przedszkolu chciałam być zakonnicą, potem, jak chyba każda mała dziewczynka, ekspedientką. Tłumaczenie było proste: sklepowa ma wszystko za darmo. Wszystko, to znaczy głównie słodycze. Teraz, gdy już poważniej myślę o zawodzie, w grę wchodzi architektura wnętrz i psychologia. I chyba coraz bardziej skłaniam się ku tej drugiej opcji.

W: - Ja może zostanę piosenkarką albo weterynarzem.

DS: - Specjalizacja? Psy.

A kiedy wszystkim państwu bywa najlepiej razem?

W: - Kiedy są wakacje. Wtedy jest naprawdę super! Ja najbardziej lubię, kiedy mama leży w cieniu z książką i mówi: "Wika, wyjdź z wody, bo już jesteś niebieska", a ja z tatą i Pauliną pływamy, nurkujemy, chlapiemy się i jest naprawdę fantastycznie.

DS: - Dla dziewczynek wakacje to szczególne chwile. Rekompensują im moją nieobecność podczas roku szkolnego, poza tym to dla nich taki czas, gdy mają poczucie stuprocentowego bezpieczeństwa - jesteśmy w zasięgu ręki oboje, non stop, nigdzie nie trzeba się spieszyć. Ostatnio spędziliśmy cudowne chwile w Kenii. Cudowne z wielu powodów. Po pierwsze, tu był środek zimy, a tam lato. Po chłodzie i szarości nagle zderzyliśmy się ze słońcem. Poza tym wreszcie wyjechaliśmy wszyscy razem! Zwykle jest tak, że moje wyjazdy zagraniczne związane są z pracą, jeżdżę sama. Kiedy wyjeżdża Janusz, zazwyczaj zabiera ze sobą dziewczynki, ale tak się nieszczęśliwie składa, że ja wtedy najczęściej pracuję. Tym razem udało się nam pojechać w komplecie.

Jesteście zazdrosne o mamę, gdy w filmach kochają się w niej inni faceci, a tata siedzi przed telewizorem?

P: - Jasne, że nie. Tata też nie jest. Wszyscy wiemy, że to tylko praca. Na przykład w "Nigdy w życiu" mama całowała się z Arturem Żmijewskim, a pomimo to jest to mój ulubiony film z jej udziałem. W nim jest chyba najbardziej podobna do siebie samej. Kiedy oglądałam sceny z jej filmową córką, to zachowywała się tak, jak w domu, nawet miała podobne teksty - była taka, jaka jest dla mnie. Inna rola, w jakiej uwielbiam mamę, to generałowa z filmu "Katyń". Byłam na nim dwa razy, na premierze, a potem z klasą. Jest tam scena, w której generałowa (mama) dostaje szablę po zmarłym mężu. Zwykła scena. Ale jak ja wtedy płakałam! Wiem, że to tylko film, ale mama jest mi tak bliska, że nie mogłam się powstrzymać. Ona tam cierpiała, więc ja też.

Judyta z "Nigdy w życiu" to była mama kumpela. Taka jest wasza mama?

P: - Właśnie tak. Nie tylko mama, ale też najlepsza przyjaciółka. Jest wiele rzeczy, o których powiedziałam tylko mamie. Mogę jej powiedzieć absolutnie wszystko. Wiem, że wiele moich koleżanek nie może sobie na to pozwolić. Ja mogę. Pamiętam, jak dostałam pierwszą jedynkę w życiu, z dyktanda. Powiedziałam to mamie z płaczem, bo miałam zawsze piątki i czwórki, a tu nagle jedynka. Ona popatrzyła na mnie ze zdziwieniem i zapytała: "Ale w czym problem? Trzeba poprawić, nie płakać". I przez to, że nie nakrzyczała na mnie, tylko podeszła do tego tak normalnie, wiem, że mogę wszystko jej powiedzieć. I wiem też, że mama ma do mnie zaufanie.

Ale mama dużo pracuje i cierpi z tego powodu, że spędza z wami mało czasu. Częściej jesteście z tatą?

P: - Tak. Tata zawozi nas rano do szkoły, po pracy robi zakupy, odwozi nas jeszcze na różne zajęcia pozalekcyjne. Obiady gotuje babcia, bo razem mieszkamy. Ale mama też wszystko o nas wie, zna wszystkich moich przyjaciół. Niektórych zna ze zdjęć i z moich opowiadań, ale to tak, jakby znała ich osobiście. Czasem wraca tak zmęczona z pracy, że nie jest nawet w stanie do końca mnie wysłuchać, widzę, że zasypia, i wtedy staram się dać jej święty spokój. Ostatnio tak było. Mieliśmy słuchowisko na angielskim, dobrze mi poszło i chciałam dać je mamie do posłuchania. Ale powiedziała, że nie dziś, bo pada ze zmęczenia. Najpierw pomyślałam: "Nie, to nie, wcale go nie puszczę", ale potem spojrzałam na nią i zrobiło mi się wstyd. Przecież ona od piątej rano była na nogach.

Wygląda na to, że typową mamą jest... tata.

DS: - Nie da się ukryć, że role u nas są odwrócone. Często, kiedy dzieci wracają ze szkoły, ja właśnie wychodzę do teatru na spektakl. Paulina już sama sobie radzi, ale Wiktorii trzeba pomóc, przypilnować ją, bo inaczej robiłaby wszystko "na za pięć dwunasta", a potem płacz. Więc wszystko znowu spada na Janusza.

JG: - Jeśli chodzi o czas, to rzeczywiście Danusia jest mamą niedzielną, ale za to, gdy mowa o jakości spędzonego z dziewczynkami czasu, na pewno nie. Jej krótkie wieczorne rozmowy dają im więcej niż moje wielogodzinne. Są tematy, na które dorastająca dziewczyna z najlepszym ojcem nie porozmawia.

DS: - Ty fantastycznie umiesz z nimi rozmawiać. Ale kiedy przychodzi czas "zwierzanek", rzeczywiście ja robię za przyjaciółkę. Cieszy mnie to, bo miałam ogromne lęki, że moja nieobecność codzienna wyjdzie mi bokiem w kontaktach z dziewczynkami. Paulina wejdzie w okres dojrzewania i okaże się, że nie mamy sobie nic do powiedzenia. Przeżyłam cudowne chwile, gdy niedawno poszłyśmy na wspólne zakupy. Paula pobiegła po jakąś książkę, wraca, zarzuca mi ręce na plecy jak koleżance z klasy i mówi: "Wiesz, mamo, bardzo cię kocham". Odpowiedziałam, że ja też ją kocham. A ona dodała: "Właściwie to, że kocham, to normalne, ale ja cię przede wszystkim strasznie lubię!". Wzruszyłam się. Po prostu wiadro miodu na serce!

(Dziewczynki oddalają się, by przygotować się do sesji zdjęciowej, jest więc okazja, by o nich porozmawiać.)

Paulina mówi o psychologii i jak na 15-latkę jest szalenie dojrzała. Obserwując Wiktorię podczas sesji zdjęciowej, trudno nie zauważyć, że to urodzona aktorka!

DS: - Na pewno jest uzdolniona muzycznie, zresztą chodzi do szkoły muzycznej, do klasy fortepianu, no i grozi, że zostanie piosenkarką. Czuję, że się w niej gotuje, i podejrzewam, że wyląduje w jakimś artystycznym zawodzie. A co do Pauliny, to w szkole długo jej wmawiano, że pójdzie w ślady mamy, i uszami jej to chyba wyszło. Ona już w trzeciej klasie podstawówki, ilekroć były jakieś występy, zaskakiwała sposobem podawania słowa. Dzieci łykają głoski, pędzą przez tekst niedbale, byle do końca. Paulina, mały bąbelek, mówiła opanowanym, mocnym głosem, wyraźnie, bez pośpiechu. Ale nie sądzę, żeby chciała pójść w moje ślady.

Dziewczynki z pewnym rozrzewnieniem wspominały tegoroczne Boże Narodzenie, choć w nietypowych warunkach.

DS: - Oj, ostatnie Boże Narodzenie spędziliśmy w pokancerowanym nieco domu, gdzie od pół roku trwa remont, którego końca nie widać.

JG: - Przede wszystkim dzięki fachowości naszych rzemieślników...Jesteśmy dyżurnym kotkiem Mrożka na naszym osiedlu. Wszystko, co złe, spada na nas i dzieje się u nas. Przyjęliśmy to już do wiadomości. Tak właśnie wyglądała nasza budowa, a teraz tak wygląda remont. Przenieśliśmy się absolutnie ze wszystkim - poczynając od garderoby, przez living room, sypialnię, kącik komputerowy, pokoje dziecinne do jednego pomieszczenia. Żyjemy niczym bohaterowie "Konopielki". Ale są i plusy tej sytuacji. Kiedy nie musimy pędzić do pracy, a dziewczyny do szkoły, budzimy się, zostajemy w swoich łóżkach i gadamy, gadamy... Godzinę, dwie... Aż wreszcie głód wygania nas do kuchni. I tak sobie teraz myślę, że to był niezły test dla naszej czteroosobowej brygadki. Nawet boję się, że gdy już skończą tę górę i wszyscy rozpełzną się do swoich pokoi, to nagle zrobi się jakoś pusto i głucho.

Niedawno słyszałam, jak pani mówiła, że wstydziła się swoich korzeni. Dziś fakt, iż jest stamtąd - z Kaszub, to pani siła.

DS: - To prawda. Byłam takim wiejskim dzieckiem, co to czuje się w swoim małym świecie jak w raju, a potem, rzucone na głęboką wodę, popada w kompleksy. Dziś wiele się zmieniło, szanse są bardziej wyrównane, ale wtedy między małą wioską a miastem była przepaść. Dzisiaj wiem, że brak sali gimnastycznej w mojej szkole jest kompletnie bez znaczenia. I tak było tam najcudowniej na świecie. Wiem też na pewno, że nie wolno się odcinać od korzeni, jakiekolwiek by one były.

JG: - Myślę, parafrazując znane powiedzenie, że jest się takim, jak miejsce, z którego się pochodzi. Ono zawsze stanowi punkt odniesienia - jest się z nim w zgodzie albo przeciw, ono nas określa. Kaszuby są w Danusi. Kiedy tylko jedziemy w jej rodzinne strony, zaczynają się zachwyty nad każdym pagórkiem: "O Boże jak tu pięknie!?". Myślę, że ciągnie ją również do ludzi. Sam też się tam dobrze czuję. Oczywiście Danusia mówi po kaszubsku, co roku też czyta Biblię w tym języku w Wejherowie. Czasem, kiedy spotka się ze swoją przyjaciółką, Grażyną, i zaczynają się przekomarzać i wygłupiać, mówią do siebie wyłącznie po kaszubsku, a ja wtedy umieram ze śmiechu.

DS: - Kiedyś było zabawnie, moi koledzy uwielbiali sobie dowcipkować w obecności Janusza, a on ni w ząb - nic nie rozumiał.

JG: - Kiedy zaczynaliście się wygłupiać, miałem wrażenie, że śmiejecie się ze mnie. Dziś większość rozumiem, ale mówić i tak się nie odważę.

Kiedy patrzę na państwa, przypomina mi się piosenka Jeremiego Przybory. Mistrz śpiewał: "Rodzina, ach, rodzina, nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma, samotnyś jak pies", a państwo są bardziej świadomi - cieszy was już sam fakt, że ona jest.

DS: - Cieszy, cieszy, czasem nawet bardzo, do rozpuku.

JG: - Nie bez powodu mówimy o sobie: "Czeska rodzina". "Dajemy sobie sporo wolności. Nikt nikogo nie sprawdza, do niczego nie zmusza. Co nie znaczy wcale: "Wszystko ci wolno".

"W filmie "Nigdy w życiu" mama jest najbardziej podobna do siebie samej - zachowuje się tak, jak w domu, nawet ma podobne teksty".

"Kiedy nie musimy iść do pracy, a dziewczyny do szkoły, gadamy i gadamy, aż wreszcie głód wygania nas do kuchni".

Źródło: wywiad Justyny Kobus / Sukces